1968 r.

Obóz polskiej kadry narodowej szermierzy
- Wisła, styczeń 1968 r.

    Pojechałem do Wisły z tygodniowym opóźnieniem. Zamieszkałem wspólnie z Nielabą i Gonsiorem - towarzystwo wysoce mobilizujące. Pogodę mieliśmy świetną. Moim trenerem był Jarosław Dotka z Poznania, oraz major Andrzej Przeździecki z warszawskiej Legii.

    Utkwił mi w pamięci ceremoniał chrztu tych, którzy na obozie kadry narodowej znaleźli się pierwszy raz. Takimi delikwentami byli m.in. Stefan Wroński z Olsztyna, który „na finiszu” nie wytrzymał i użył wobec nas obelżywej mowy nie doceniając podniosłości chwili. Natomiast Roman Gałęski w ogóle odmówił poddania się „namaszczeniu”. Na najbliższym więc spacerze w góry chcieliśmy dopełnić formalności, lecz Roman czmychnął w góry salwując się ucieczką. Myśleliśmy, że mu się to nie uda bo przystąpiliśmy do celebrowania „obrzędu” w momencie gdy wzięliśmy go w dwa ognie na szosie biegnącej wzdłuż rzeki. Roman jednak bez namysłu pobiegł „w bród” przez rzekę, a my... oczywiście za nim. Później pędziliśmy za nim po pas w śniegu, w większości pod górę, przez dłuższy czas. Nie dopędziliśmy go jednak. Już najbliższy dogonienia Romka byłem ja, bo dzieliło mnie od niego około 5 m., ale strach dodał „Gapciowi” skrzydeł.

    Ogromne było zdziwienie kierownictwa obozu, gdy wróciliśmy do obiektu niesamowicie zmordowani. Żaden trener nie dał nam tak „w kość” w terenie, jak myśmy sami sobie dali się we znaki chcąc „Gapola” „ochrzcić”.

    Pod koniec obozu wyjechał mjr Przeździecki i odstąpił mi swój pokój. Przyjechała wtedy Krystyna z Katowic (od pół roku już moja Żona) i ostatnie dni spędziliśmy razem.

    Na sprawdzian szpadowy na zakończenie zgrupowania zaproszeni zostali najlepsi szpadziści z całej Polski, m.in. przyjechali Wiesiek Okpisz i Kaziu Walkowiak. Walczyliśmy w dwóch maratonach „każdy z każdym”. Wyników nie pamiętam, któżby je pamiętał na moim miejscu, wszak w Wiśle była najwspanialsza dziewczyna świata a ja przy niej, wszystko inne to tylko „puch marny tego świata”.

Na tle Ośrodka „Startu” w Wiśle, w którym byliśmy zgrupowani, stoimy z żoną na mostku
a Kaziu Walkowiak może nam tylko zazdrościć.

Na spacerze w Wiśle, od lewej autor pamiętnika G.F., Krystyna Falkowska, Michał Butkiewicz –
Mistrz Polski w szpadzie 1967 r., dziewczyna Michała, Kaziu Barburski, Bogdan Andrzejewski -
Mistrz Polski z 1968 r. i Mistrz Świata z 1969 Hawana w szpadzie.

 
Na spacerze, mijają nas jeźdźcy na koniach, od lewej autor pamiętnika G.F., żona Krystyna,
Kaziu Barburski, sympatia Michała Butkiewicza i Bogdan Andrzejewski.

Moje słońce Krystyna na karuzeli dziecięcej w Wiśle, ja obok żony.
„Gazeta Robotnicza” z 30.01.1968 r.

Mimo, że zakwalifikowałem się do ogólnopolskiego turnieju klasyfikacyjnego w Bydgoszczy –
we florecie to startowałem tam tylko w szpadzie i zająłem 9-te miejsce.

Karta uczestnictwa w Mistrzostwach Polski CRZZ w szermierce Poznań 18 – 21 kwietnia 1968 r.



* * * * * 

Tuluza, kwiecień 1968 r.

Skład ekipy W.K.Sz. „Kolejarz” Wrocław na wyjazd do Francji:

  1. mgr Eugeniusz Pussak - Prezes Klubu
  2. mgr Władysław Jurczak - Viceprezes Klubu
  3. Zdzisław Światowy - Skarbnik Klubu
  4. Jerzy Kłosowicz - Trener
  5. mgr inż. Olga Walewska - floret kobiet
  6. mgr Hanna Jezierska - floret kobiet
  7. mgr Krzysztof Głowacki - floret mężczyzn
  8. Kazimierz Walkowiak - floret mężczyzn
  9. mgr inż. Janusz Dąbrowski - szabla
  10. mgr inż. Leszek Skrzetuski - szpada
  11. mgr inż. Wiesław Okpisz - szpada
  12. mgr inż. Jerzy Okraszewski - szpada
  13. Konrad Ostańkowicz - szpada
  14. mgr Grzegorz Falkowski - floret mężczyzn i szpada.

 

    Za to w głównym turnieju Armanda Thiery wystawiony we florecie znów nie odniosłem sukcesów, przegrywając z Hiszpanem Fuentesem o wejście do 8-mki. Za to nasz leworęki Kaziu Walkowiak zajął II doskonałe miejsce. Tym razem walki toczyły się w koszarach miejscowego garnizonu wojskowego.    Fotografia naszej ekipy zamieszczona w miejscowym dzienniku La Depeche du Midi zrobiona została w sali ośrodka sportowego TCMS (Toulouse Cheminots Marengo Sports), pierwszy z lewej to Kazimierz Antczak polski student chemii na uczelni w Tuluzie. Na sali TCMS rozgrywany był tradycyjny mecz na dochodzenie z kolejarzami z Tuluzy, z których żadnego jeszcze nie przegraliśmy.

    Z atrakcji pobytu w Tuluzie najbardziej utkwiła mi w pamięci wystawa – targi o nazwie Foire Internationale de Toulouse, na które zawiozła nas w szalonym tempie Martine Claustre.

    „La Depeche du Midi” z 27.04.1968 r. ze zdjęciem z powitania naszej ekipy na dworcu w Tuluzie. Autor pamiętnika pośrodku przykucnięty, w ciemnych okularach. Na dworcu w Tuluzie powitano nas kwiatami, dziewczęta w regionalnych strojach z dominacją fioletu – kolorem charakterystycznym dla Tuluzy, zarząd TCMS z Panem Barbarou, Polonia z Jankiem Kotrasem (na zdjęciu pierwszy z lewej z założonymi na piersiach rękami), fotoreporterem z La Depeche du Midi oraz ekipa z TV.

 
    Gdy wyszliśmy na plac przed dworcem kolejowym w Tuluzie poproszono Wieśka Okpisza i mnie by tak jak staliśmy w garniturach; - stoczyli ze sobą pokazową walkę na szpady. Pierwszy raz walczyłem na szpady w... garniturze, w masce szermierczej, ale bez rękawicy. To było około 1630, a o godzinie 1900 oglądaliśmy siebie w promującym nasz turniej programie TV miejscowych rozmaitości. Wyglądaliśmy trochę groteskowo.

    I tym razem zakwaterowani zostaliśmy w uroczym hotelu d’Orleans z wewnętrznym patio, gdy wychodziliśmy z pokoju na wewnętrzne ciągi balkonowe; - widzieliśmy z wysokości I piętra czym to kelnerzy na parterze nakrywają stół do śniadania.

    Podczas pierwszego spaceru z kolegami po ulicach Tuluzy ; - byłem niechcący autorem zabawnego incydentu, który dał asumpt moim kolegom do kąśliwych żartów pod moim adresem. Podeszliśmy do drogerii, w której skośna półka z wystawionymi kosmetykami sięgała od poziomu chodnika, na którym staliśmy do wysokości około 3 m. Zafascynowany jakimś szczególnie efektownym, fioletowym flakonem schyliłem się dość szybko by zobaczyć go z bliska i... o zgrozo – nie zauważyłem idealnie czystej szyby wystawowej (która bez żadnych ramek wpuszczona była po prostu w powierzchnię chodnika i sięgała wysoko do poziomu sufitu parteru) i rąbnąłem w nią czołem z dużym impetem z taką siłą, że huk się zrobił donośny. Zimno i gorąco mi się zrobiło w ułamku sekundy, szyba ocalała, ale gdyby „poszła w drzazgi” – nie miałbym czym za tę szkodę zapłacić, a poza tym jak bym wyglądał w oczach wszystkich. Koledzy pokładali się ze śmiechu i „darli ze mnie łacha”, że jestem tak przyzwyczajony do brudnych szyb, że czystej szyby po prostu nie zobaczyłem.

Fotografia w odbiciu lustrzanym, na której autor pamiętnika jako leworęki (sic!) walczy z Guy.


    W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Paryżu. Ja miałem szczęście zwiedzać Paryż w towarzystwie koleżanki Jacqueline Lequesne, która w Polsce nosiła nazwisko Matuszczak, (jej ojciec był pułkownikiem, służył pod gen. Świerczewskim w kampanii hiszpańskiej) była florecistką naszego Klubu i studentką Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, które ukończyła wcześniej ode mnie z wyróżnieniem. Po studiach przeniosła się do Paryża i przyjęła nazwisko panieńskie matki, zna perfect języki polski i francuski, zna doskonale i kocha Paryż.

Lipiec 1968 r.
 
 


* * * * *

Mistrzostwa Polski w Szermierce, Przemyśl, czerwiec 1968r.

    Niestety na Mistrzostwach Polski w szpadzie w Przemyślu zająłem dopiero 18 miejsce. Po tym turnieju moja lokata na ogólnopolskiej liście klasyfikacyjnej jest dosyć pechowa: „13”.

    Oczywiście porażek nie ma co usprawiedliwiać, ale zanotować tu warto, że w zimie zdawałem ostatnie egzaminy na V roku Prawa, a przez całą wiosnę siedziałem po pracy w biurze (W.P.B.P. Nr 1 Wrocław, na ul. Zapolskiej) do godz. 2200 średnio i pisałem na maszynie swoją pracę magisterską. O treningach nie mogło być w ogóle mowy. Prawdę mówiąc, nawet to 18-te miejsce to „fuks”.

 

* * * * *

Lipiec 1968 r.

Był to miesiąc szczególny dla mnie. Stało się tak wiele i dobrego i mniej przyjemnego.

I tak:

    W dniu 9 lipca 1968 r. obroniłem swoją pracę magisterską, p.t. „Odpowiedzialność z tytułu wad wykonawstwa budowlanego”. Moim promotorem był cudowny człowiek, mój ukochany i bardzo przeze mnie szanowany Profesor Doktor Andrzej Stelmachowski, a obok niego w egzaminie dyplomowym uczestniczyli Dziekan Wydziału Prawa U.W. we Wrocławiu Prof. Dr Jan Kosik oraz Dr Alfred Klein z Katedry Prawa Cywilnego, który zastępował Rektora Uniwersytetu Wrocławskiego Prof. Dr Józefa Fiemę. Pracę oceniono jako bardzo dobrą oraz obrona i egzamin zakończyły się też wynikiem bardzo dobrym. Był to jeden (obok 14 i 18 czerwca 1967 r. – ślub cywilny i kościelny z Krystyną!) z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Tyle lat pracy, równoległej z pracą nauki i uprawiania jednocześnie sportu na poziomie wysokiego wyczynu, poświęceń – nareszcie uwieńczone sukcesem ( dyplomem magistra prawa).

    Jedenastego lipca 1968 r. (dzięki przyśpieszeniu terminu oczekiwania w kolejce członków spółdzielni mieszkaniowej oczekujących na przydzielenie mieszkania - przyśpieszeniu, które zawdzięczam Prezesowi Klubu Panu mgr Eugeniuszowi Pussakowi) otrzymałem klucze do pierwszego, mojego mieszkania spółdzielczego, 2 pokoje z kuchnią, przy ul. Szczapińskiej 2 m. 36 we Wrocławiu. Nareszcie będziemy mogli z żoną zamieszkać razem. Dotychczas (od 18.06.1967 r.) Krystyna mieszkała w Katowicach, a ja we Wrocławiu, w hotelu robotniczym na ul. Kasprowicza. Cóż to był za okres - tęsknoty, marzeń o spotkaniach z tą anielską kobietą, myśli ulatujących do Katowic na ul. Mariacką... szkoda słów!

    Byłem tak uszczęśliwiony tym nowym mieszkaniem, że jeszcze tego samego dnia, w którym dostałem klucze do mieszkania, przy pomocy druha z planszy Jerzego Okraszewskiego przeniosłem moje skromne graty z hotelu oraz z jego mieszkania, gdzie były zdeponowane nowo zakupione meble kuchenne i tapczan, do nowego mieszkania na VII piętrze przy ul. Szczapińskiej. Przeprowadzałem się do późna w nocy (130). Byłem bardzo zmęczony, gdy kładłem się spać w swoim mieszkaniu.

    Następnego dnia, 12 lipca 1968 r. o godz. 804 odchodził pociąg do Budapesztu (na zawody szermiercze, na które zostałem zakwalifikowany) via Katowice. Acz z trudem, jednak wstałem na czas, spakowałem worek szermierczy i o godzinie 730 byłem na dworcu. Przywitałem się z kolegami, którzy już przyszli na nasz peron i położyłem worek na półce wagonu, a ponieważ do godziny odjazdu pociągu było jeszcze około pół godziny i w dodatku ogłoszono, że pociąg ma spóźnienie 20-minutowe, to wyskoczyłem do baru mlecznego znajdującego się naprzeciwko dworca (wtedy ul. Świerczewskiego) na śniadanie bo byłem bardzo głodny. Gdy wróciłem na peron o godzinie 805 ... było już za późno, zobaczyłem tylko znikającą sylwetkę pociągu. Popełniłem błąd: sądziłem, że jak pociąg przyjedzie na peron z opóźnieniem, to i z takim opóźnieniem odjedzie, nie wkalkulowałem, że skracając czas postoju na przystanku, w ten właśnie sposób m.in. nadrabia się opóźnienia pociągów.

    Mój worek szermierzy pojechał z kolegami. Popędziłem do Dyrekcji Kolejowej chcąc pożyczyć samochód i dogonić pociąg w Brzegu. Niestety nie było Prezesa naszego Klubu i zarazem Wicedyrektora DOKP i nie mogłem nic załatwić. Pognałem następnie do mego pracodawcy i z nim załatwiłem samochód i delegację dla kierowcy do Katowic - upłynęło przeszło 50 minut. Zaczął się szalony pościg za pociągiem, w Brzegu oczywiście już dawno go nie było, w Opolu byliśmy o 20 minut za późno, w Gliwicach zabrakło nam 10 minut.

    I teraz popełniliśmy z kierowcą Panem Józefem Pluskotą fatalny błąd; zamiast jechać o mniejszym natężeniu ruchu drogą południową na Mikołów, myśmy pojechali przez zatłoczone Zabrze, Bytom, Chorzów itd. Droga południowa jest zawsze pusta i szeroka, a tą którą myśmy jechali przecisnąć się nie było można; - tramwaje, mnóstwo samochodów i tłum pieszych, ciasne, zatłoczone uliczki, jakieś objazdy, postoje, koszmar dla ludzi śpieszących się jak my.

    W efekcie na dworcu w Katowicach byliśmy... 16 minut po odjeździe pociągu do Budapesztu. Nie mogłem przecinać drogi pociągom i jechać z Opola na Rybnik i Zebrzydowice, ponieważ słusznie przewidziałem jadąc w samochodzie, że jeśli nie zjawię się przy pociągu na peronie w Katowicach, to koledzy wystawią z przedziału i zostawią worek szermierczy Krystynie, która na pewno wyjdzie mi na spotkanie na peron dworca. I tak było rzeczywiście. Bez worka ze sprzętem szermierczym nie miałem po co jechać do Budapesztu.

    Był to jedyny wypadek, w którym odbiło się na mnie to, że tak bardzo kochamy się z Krystyną, że zawsze Krysia odprowadza mnie na dworzec i na nim wita. Niechaj przepadnie i wyjazd na Olimpiadę, byleby tak było zawsze!

    Krysia opowiadała później, że gdy przyszła na peron do naszego wagonu i koledzy powiedzieli, że zostałem we Wrocławiu początkowo myślała, ze uknuliśmy z kolegami jakiś żart – niespodziankę, dopiero gdy wystawili worek na peron – uwierzyła i zaczęła się martwić, bo wyobraźnia podpowiadała, że może stało się coś niedobrego. Wróciła z workiem szermierczym do domu, a po kilkunastu minutach ja zadzwoniłem do jej drzwi. Urlop przeznaczony na Budapeszt spędziłem w ramionach Krystyny... – och jakie życie jest piękne, chyba w niebie nie jest rozkoszniej!!!

Skan pocztówki z widokiem Parlamentu w Budapeszcie, do którego... nie dojechałem.
 

* * * * *

Międzynarodowy Turniej Szermierczy z okazji „Dnia Kolejarza”, Wrocław, 14-15 września 1968 r.

    Francuzi przyjechali w nocy. Na dworcu witali ich działacze naszego Klubu oraz moja siostra Maria, która dzielnie służyła jako tłumacz, my z Krysią spaliśmy słodko. Nie było mnie na letnim, klubowym obozie szermierczym w Kołobrzegu, nie miałem więc formy odpowiedniej do odegrania jakiejś znaczącej roli w tym turnieju. I rzeczywiście, wprawdzie eliminację przeszedłem gładko, a w półfinale pucharowym pokonałem zaprzyjaźnionego z nami Freudenberga z Drezna 10:6, ale w finałowej czwórce osłabłem i zająłem 4-te miejsce.

    Sympatyzujący z moją siostrą i mój przyjaciel szablista francuski z Chalons–sur-Marne - przesympatyczny Ghislain Dosnon dopingowany gorąco zarówno przez Francuzów jak i przez Polaków – wszedł do finału i wywalczył dobre 4-te miejsce. W przerwach między walkami trzymałem Martine Claustre na swych kolanach - 18-letnie, egzaltowane dziecko.

    Po turnieju całą francuską ekipę oraz kierownictwo i „starą wiarę” – koleżanki i kolegów klubowych gościliśmy z Krysią w naszym mieszkaniu. Pamiętny to dla mnie wieczór. Po raz pierwszy, we własnym domu miałem przyjemność gościć tak mi bliskich i lubianych ludzi. Mieszkanie było jeszcze ubożuchno urządzone, tylko 3 fotele i 2 tapczany do siedzenia, reszta towarzystwa siedziała na podłodze. A było 30 luda. Mama Krajewska napiekła smakołyków, moja Krysia dwoiła się i troiła, by wszystkim było syto i dobrze. I jakże miło mi było słyszeć potem z ust odjeżdżających Francuzów, że najprzyjemniej spędzili czas u Falkowskich. Siostra Krystyny, 19-letnia Basia, blondynka o nieprzeciętnie zgrabnej figurze, cud urodzie, blond lokach, błyskotliwej inteligencji i biegłej francuszczyźnie robiła furorę wśród panów i niejednemu wyrwała rozmarzone westchnienie zachwytu. Szermiercza brać jadła słodkie rzeczy, piła wino, rum i koniaki, było wesoło i gwarno.

    „Tusiek” (ojciec Krystyny dr Jan Krajewski - stomatolog) zadziwił wszystkich znakomitym opanowaniem sztuki magicznej, „wbijając” sobie w czoło szpilki i wyjmując je z karku, rozwiązując jedną ręką mocne węzły, wcierając w materiał marynarki monety, wreszcie zademonstrował „przenikanie” monety z chustki przez dno szklanki itp. Szkoda, że nie mieliśmy aparatu by upamiętnić ten wieczór na fotografiach. Żegnając się z Francuzami, mówiliśmy sobie „do zobaczenia w przyszłym roku w Tuluzie”. Zawarte w tym pożegnaniu to piękne życzenie – spełniło się już w roku następnym.

Autor pamiętnika w stroju szermierczym w górnej sali „lustrzanej” W.K.Sz. „Kolejarz” we
Wrocławiu na ul. Krasińskiego 30.


„Wieczór Wrocławia” z 20.12.1968 r.

* * * * *

Klasyfikacja najlepszych szermierzy Dolnego Śląska za rok 1968

Powered by dzs.pl & Hosting & Serwery